Diego Rodriguez de Silva y Velazquez

Diego de Acedo (El Primo)


Diego Rodriguez de Silva y Velazquez (1599 - 1660)

      Uznawany przez wielu znawców za "największego malarza hiszpańskiego" Velazquez urodził się w Sewilli, jako syn zamożnych arystokratów. Nazwisko Silva odziedziczył po ojcu - portugalskim szlachcicu. Z czasem zaczął jednak używać nazwiska matki - również wysoko urodzonej Geronimy Velazquez.
      Zdobywszy staranne wykształcenie malarskie, znalazł możliwość pielęgnowania swego nieprzeciętnego talentu w Madrycie na dworze Filipa IV. Panujący tam przepych stał w niezgodzie z pogarszającą się sytuacją Hiszpanii. Utrata znaczenia na arenie międzynarodowej oraz pustoszejący skarbiec miast osłabiać - utrwalały absolutystyczny styl sprawowania władzy. 
      Filip, po trosze dla rozpusty, po trosze z czystego snobizmu utrzymywał w swych pałacach rozmaitych dziwaków, wśród nich ludzi na rozmaite sposoby upośledzonych - zarówno fizycznie, jak umysłowo. Obok nich miejsca zajmowali przedstawiciele arystokracji, mnisi i różnego autoramentu "niebieskie ptaki" - wszyscy stając się godnymi obiektami zainteresowania nadwornego malarza, którym od wczesnej młodości pozostawał Diego Velazquez. 
      Głównym jednak modelem artysty pozostawał sam władca oraz jego najbliższa rodzina. Co więcej, malarz otrzymał przyrzeczenie, że nikt inny nie będzie miał prawa portretować najważniejszych postaci ówczesnej Hiszpanii. Wyjątek uczyniono dopiero i jedynie dla genialnego flamandzkiego mistrza, Petera Paula Rubensa.
      Velazquez wzbudzał skrajne uczucia u współczesnych mu malarzy, często zawistnych o względy szczodrego króla. Zarzucano mu ograniczenie warsztatu do umiejętności malowania portretów - to w związku z jego niechęcią do malarstwa pejzażowego. Przeciwnicy nie mogli mu wybaczyć programowego wręcz omijania tematów religijnych. Z niechęcią spotykał się też jego styl: beznamiętny, chłodny, z zamiłowaniem do stonowanych barw - wszystko to w czasach barokowego patosu i wstrząsających hiszpańską sztuką gorących namiętności. Zainteresowany patologią, szpetotą, akcentowaniem indywidualizmu postaci doczekał się jednak ów geniusz uznania ze strony potomnych, którzy nazwali go po prostu "malarzem prawdy".
      Tak jak obowiązki dworskie dawały mu przez całe dojrzałe życie poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, tak i one przyczyniły się do jego śmierci. Zgodnie z wolą króla pełnił rolę organizatora beztroskiej wyprawy całego dworu w Pireneje (ot, królewski kaprys). Po przeszło dwóch miesiącach powrócił stamtąd chory na febrę i niedługo potem zmarł.